Dzisiaj druga tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. O schedę po ewidentnie przegranym Juszczence (który rozbudził wielkie nadzieje i zmarnował je) ubiegają się premier Julia Tymoszenko (głownie ze względu na płeć, ale też z uwagi na swój ciężki charakter, zwana “Tchatcherką Wschodu”) oraz niedoszły prezydent i były premier Wiktor Janukowycz. A kampania – toż to marzenie pisowskich spindoktorów, bo przelatująca przez media ilość błota nawet takiego kogoś jak Kurski wprawiłaby w zażenowanie.
Słysząc i czytając o ostrych przepychankach i wzajemnych oskarżeniach o próby sfałszowania wyborów, podkupywanie sobie wyborców czy wręcz próby zamachu stanu, puściłem sobie tytułowy kawałek U2. I co? I w zasadzie tylko dzień trochę nie pasuje, a to z uwagi na ciszę wyborczą. Ale patrząc na Ukrainę i tamtejsze cyrki (które jako żywo przypominają mi o podobnie bezproduktywnych kłótniach dwóch głównych partii i ich ludzi), można odetchnąć z ulgą. Nie chcę być źle zrozumiany, bo nie przemawia przeze mnie Schadenfreude; po prostu dotarło do mnie, że u nas nie ma jeszcze takiej negatywnej kampanii, jaka jest tam i (odpukać) mogłaby być u nas. Że jednak trochę tej kultury politycznej się zachowało, że strony nie idą “na noże” tak szybko i bezceremonialnie jak tam. Bo tam… tam jest po prostu walka o stołek. Przeciwnicy nawet nie zawracają sobie głowy prezentowaniem własnych dokonań czy planów. Leci tylko czarny PR, na poziomie u nas nieznanym. Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że oboje kandydaci nie różnią się niczym, a żądza władzy jest u nich wyjątkowo wielka i w zasadzie przesłania im wszystko. To z kolei prowadzi do smutniejszego już wniosku – w zasadzie ani Tymoszenko, ani Janukowycz nie ma Ukrainie nic ciekawego do zaprezentowania. Obie te postacie nie przedstawiają żadnego pomysłu na poprawę sytuacji gospodarczej kraju (która jest niewesoła); mało tego, chęć przejawiają przede wszystkim do oskarżania siebie nawzajem o całe zło. Tak jakby to miało zmniejszyć kryzys. Najwidoczniej finałowa dwójka zgodnie uważa też wyborców za baranów, którym można wcisnąć wszystko, a oni to kupią. I tylko szkoda, że któraś z tych postaci zostanie jednak prezydentem Ukrainy. Na razie idą łeb w łeb, a wybór… cóż, jak dla mnie jest wyborem między dżumą a cholerą. Oboje są dla mnie jednakowo odrażający.
Na koniec cytat z piosenki – pewnie niejednemu przypomni się po przeliczeniu głosów -
so many lost, but tell me: who has won?
PS. Na 99% przegrywający kandydat nie pogodzi się z wynikiem i zacznie się taka sama rozróba, jaka miała miejsce po poprzednich wyborach. A politycy dalej będą się kopać po kostkach i szermować górnolotnymi hasłami, o których zapomną, gdy burza ucichnie. Naprawdę cieszę się, że nie przyszło mi żyć na Ukrainie.
PS2. A najlepiej puśćcie sobie tą piosenkę jutro i zamieńcie “sunday” na “monday”. Brzmi podobnie, a adekwatność do rzeczywistości sporo większa. Czego naszemu wschodniemu sąsiadowi nie życzę, ale cóż, ze starcia dwójki ludzi, którzy idą do celu po trupach, rzadko kiedy wychodzi coś dobrego.



