Sunday bloody sunday…

Posted in Europa, polityka tagi , , , , on 07/02/2010 by Dario

Dzisiaj druga tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. O schedę po ewidentnie przegranym Juszczence (który rozbudził wielkie nadzieje i zmarnował je) ubiegają się premier Julia Tymoszenko (głownie ze względu na płeć, ale też z uwagi na swój ciężki charakter, zwana “Tchatcherką Wschodu”) oraz niedoszły prezydent i były premier Wiktor Janukowycz. A kampania – toż to marzenie pisowskich spindoktorów, bo przelatująca przez media ilość błota nawet takiego kogoś jak Kurski wprawiłaby w zażenowanie.
Słysząc i czytając o ostrych przepychankach i wzajemnych oskarżeniach o próby sfałszowania wyborów, podkupywanie sobie wyborców czy wręcz próby zamachu stanu, puściłem sobie tytułowy kawałek U2. I co? I w zasadzie tylko dzień trochę nie pasuje, a to z uwagi na ciszę wyborczą. Ale patrząc na Ukrainę i tamtejsze cyrki (które jako żywo przypominają mi o podobnie bezproduktywnych kłótniach dwóch głównych partii i ich ludzi), można odetchnąć z ulgą. Nie chcę być źle zrozumiany, bo nie przemawia przeze mnie Schadenfreude; po prostu dotarło do mnie, że u nas nie ma jeszcze takiej negatywnej kampanii, jaka jest tam i (odpukać) mogłaby być u nas. Że jednak trochę tej kultury politycznej się zachowało, że strony nie idą “na noże” tak szybko i bezceremonialnie jak tam. Bo tam… tam jest po prostu walka o stołek. Przeciwnicy nawet nie zawracają sobie głowy prezentowaniem własnych dokonań czy planów. Leci tylko czarny PR, na poziomie u nas nieznanym. Naprawdę trudno nie odnieść wrażenia, że oboje kandydaci nie różnią się niczym, a żądza władzy jest u nich wyjątkowo wielka i w zasadzie przesłania im wszystko. To z kolei prowadzi do smutniejszego już wniosku – w zasadzie ani Tymoszenko, ani Janukowycz nie ma Ukrainie nic ciekawego do zaprezentowania. Obie te postacie nie przedstawiają żadnego pomysłu na poprawę sytuacji gospodarczej kraju (która jest niewesoła); mało tego, chęć przejawiają przede wszystkim do oskarżania siebie nawzajem o całe zło. Tak jakby to miało zmniejszyć kryzys. Najwidoczniej finałowa dwójka zgodnie uważa też wyborców za baranów, którym można wcisnąć wszystko, a oni to kupią. I tylko szkoda, że któraś z tych postaci zostanie jednak prezydentem Ukrainy. Na razie idą łeb w łeb, a wybór… cóż, jak dla mnie jest wyborem między dżumą a cholerą. Oboje są dla mnie jednakowo odrażający.
Na koniec cytat z piosenki – pewnie niejednemu przypomni się po przeliczeniu głosów -
so many lost, but tell me: who has won?

PS. Na 99% przegrywający kandydat nie pogodzi się z wynikiem i zacznie się taka sama rozróba, jaka miała miejsce po poprzednich wyborach. A politycy dalej będą się kopać po kostkach i szermować górnolotnymi hasłami, o których zapomną, gdy burza ucichnie. Naprawdę cieszę się, że nie przyszło mi żyć na Ukrainie.

PS2. A najlepiej puśćcie sobie tą piosenkę jutro i zamieńcie “sunday” na “monday”. Brzmi podobnie, a adekwatność do rzeczywistości sporo większa. Czego naszemu wschodniemu sąsiadowi nie życzę, ale cóż, ze starcia dwójki ludzi, którzy idą do celu po trupach, rzadko kiedy wychodzi coś dobrego.

Premier premierowi nierówny

Posted in Polska, polityka tagi , , , , , , , , on 05/02/2010 by Dario

Wczoraj przed komisją hazardową przesłuchiwano Donalda Tuska. Aj, jak się posłanka Kempa dwoiła i troiła, by z obecnego szefa rządu wycisnąć możliwie dużo. Szkoda jednak, że ukazała w pewnym momencie, iż chodzi jej nie o informacje, a osłabienie wiarygodności Tuska, gdy otwarcie zaczęła tą wiarygodność kwestionować. Nie przeszło jednak przez myśl biedaczce, iż jest coś takiego jak stenogramy i mozliwość ich sprawdzenia. Premier skorzystał z tej możliwości i przytarł śledczej nosa, udowadniając, że nie plącze się w zeznaniach. Trzynaście godzin trwała walka kempy z Tuskiem. Dzisiaj natomiast przed “hazardówką” stoi Jarosław Kaczyński.
Dociekliwość absolwentki administracji uciekła nagle i bezpowrotnie, zresztą nie ma się co dziwić. Szef przyszedł, to się szefowi w drogę nie wchodzi. Zdanie “O Rycha i Zbycha nie będę pana pytać, bo to nie nasza ekipa i nie nasza afera“, otwierające tzw. pytania Kempy do Kaczyńskiego, najlepiej obrazuje totalny brak obiektywizmu u podwładnej eks-premiera. Zresztą wielokrotne zwroty typu “panie premierze”, których w stosunku do Tuska (z racji PEŁNIENIA TEJ FUNKCJI OBECNIE o wiele bardziej zasługującego na tytułowanie go w ten sposób) brakło, świadczą o jednym – kruk krukowi oka nie wykole, a Beata Kempa stara się jak może, by przypadkiem swemu pryncypałowi krzywdy nie zrobić.
Sam pryncypał może więc rozwinąć się do woli ze swą spiskową teorią dziejów, co zresztą robi. Lobbing jest zły, my jesteśmy dobrzy, chcieliśmy dobrze, to Tusk i jego ludzie są wszystkiemu winni, jest układ, oligarchia, szemrane stosunki polityki z biznesem; bla bla bla, powtórka z rozrywki, ubrana tylko w nieco inne słowa. Tak w zasadzie można powiedzieć, iż Jarosław Kaczyński nie tyle odpowiada przed komisją, ile znowu prowadzi swoją grę polityczną. Tym samym, z racji tego, że wszystko to już słyszeliśmy i czytaliśmy na konferencjach, briefingach, w wywiadach czy w inny sposób skazani byliśmy na odbiór tych bredni, nie warto ich dalej komentować. Swoją drogą było pewne, że Jarek rozwinie się ze swoim, ogranym do bólu, obrazem świata, a jego marionetki na pewno utrudniać mu nie będą. Chyba nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej.

Wiele hałasu o nic – Palikot i małpki

Posted in Polska, polityka tagi , , , , on 03/02/2010 by Dario

Janusz Palikot uwielbia happeningi, choć zdecydowanie nie przydają mu one szacunku, powagi, autorytetu, respektu, czy jak inaczej określić coś, czego brak przekreśla szanse lubelskiego posła na zwycięstwo w wewnątrzpartyjnym wyścigu o prezydenturę. Ponadto z uporem maniaka wraca do twierdzeń o rzekomym problemie alkoholowym urzędującej głowy państwa. Kiedy jakiś czas temu ogłoszono, że Pałac zamawia spore ilości małych butelek wysokoprocentowego alkoholu, zwanych potocznie “małpkami”, poseł miał używanie. I nie tylko on. Natomiast niedawno wiceszef PO połączył happening ze swym ulubionym tematem medialnym – i jest szum.
Poseł został obwiniony (nie oskarżony – to jest istotne, albowiem chodzi tu o WYKROCZENIA) o spożywanie alkoholu (rzeczonych “małpek”) w miejscu publicznym, zachęcenie do picia dwóch przechodzących mężczyzn, a na koniec wyłożenie pieniędzy w celu pokrycia za nich grzywny. Zerknijmy w KW: pierwsze – Art. 51. § 1 (“innym wybrykiem” wywołanie zgorszenia w miejscu publicznym) – areszt/ograniczenie wolności/grzywna; drugie – Art. 51. § 3 (podżeganie) – kara jak wyżej; trzecie – Art. 57. § 1 (uiszczenie grzywny za osobę nie będącą osobą najbliższą dla obwinionego – 2x) – areszt lub grzywna + z art. 57. § 4 – przepadek wpłaconych środków. Sprawa w zasadzie błaha, a przedawnienie, gdyby immunitet poselski dalej się utrzymywał, nie biegłoby.
Mimo to, Policja działała – wniosek o uchylenie immunitetu poszedł, zaś poseł sam zrzekł się ochrony. Twierdzi, że napoje spożywał na terenie własnej działki (czyli nie w miejscu publicznym), zaś nie zostało stwierdzone, czy owe napoje były rzeczywiście alkoholowe. Od biedy i soczek jabłkowy może bowiem wyglądać jak Johnny Walker, tyle że po tym drugim nie można prowadzić samochodu. Z zapłaty grzywny za dwóch obcych ludzi trudniej będzie się wykręcić, ale dobry prawnik pewnie i z tym sobie poradzi, albo chociaż do minimum zmniejszy potencjalną karę. O ile oczywiście Palikot będzie brał prawnika w takiej, przyznajmy, śmiesznej, sprawie.
Poseł jest wesoły, jak zawsze. Życzy Policji i prokuraturze powodzenia w dochodzeniu – znaczy się, jest pewny swego. I może mieć rację, a organy ścigania mogą nieźle się tutaj ośmieszyć, i to na własne życzenie. Szkoda jednak, że poseł nie wykazuje choćby cienia refleksji w związku ze sprawą. Wątpliwej jakości spektakle, mające na celu wywołanie szumu medialnego, coraz bardziej przestają bawić, a zaczynają irytować. Oskarżenie może, co prawda, wiele nie wskórać, niemniej ktoś tu czuje się zbyt swobodnie. W którymś momencie stanie się coś, za co będzie można Palikotowi postawić zarzuty cięższe niż te obecne – błahe i niewarte ruszania immunitetu. Niemniej do tego czasu jeszcze sporo wody w Wiśle może upłynąć, zatem poseł jeszcze zaszaleje. Co tam, że już bez klasy…

B-M-W, czyli polityka kadrowa Pałacu

Posted in Polska, polityka tagi , , , , , on 01/02/2010 by Dario

Ostatni bastion pisjanizmu, ze względu na układ sił w Parlamencie (nie ma 2/3 potrzebnych do postawienia głowy państwa przed TS), utrzyma się co najmniej do późnej jesieni, bo w wakacje nikt wyborów nie będzie robił. To, że “obóz czwartej” wykorzystuje ten ośrodek egzekutywy do granic (skromnych, ale jednak) możliwości, jest jasne jak słońce. Znany jest też powszechnie fakt, iż Pałac wraz z jego otoczkami w postaci Kancelarii Prezydenta czy Biura Bezpieczeństwa Narodowego stał się swego rodzaju przytuliskiem dla pisowskich sierot, które za PiS trafiły do ministerstw głównie dzięki znajomościom i talentom w zakresie całowania ręki zwierzchnika. Pałacowa lista płac pęcznieje, bo owe sieroty jeszcze gdzieś tam siedzą, ale z powodu braku kompetencji wykopuje się je na zieloną trawkę, kiedy tylko jest okazja – i odrzuty trzeba gdzieś przyjąć. Pół biedy, jeśli upchnie się je na jakieś zapomniane biurowe stanowiska, gdzie będą przekładać papierki z jednego stosiku na drugi. Gorzej, gdy tacy ludzie siedzieli wyżej, bo apetyty po swoich pięciu minutach też mają większe. A Lech “tanie państwo” Kaczyński z mniejszą lub większą ochotą zaspokaja ich finansowe zachcianki. I tak budżet jest Tuska, to Tusk stawia.
Dzisiaj na stanowisko prezydenckiego doradcy trafił niejaki Tadeusz Wrona – doktor nauk technicznych, który będzie doradzał prezydentowi w zakresie administracji samorządu terytorialnego, polityki lokalnej i regionalnej. Kompetencje? Opisano go cudownie, laurka palce lizać. Szkoda tylko, że “zapomniano” wspomnieć, iż karierę w samorządzie zakończył wskutek odwołania w referendum. 15-go listopada ubiegłego roku nasz delikwent zarobił ponad 39 tysięcy negatywnych głosów na prawie 42 tysiące oddanych i przestał być prezydentem miasta Częstochowa. O dziwo, za kościółkowość, czyli nadmierne lansowanie tzw. Jasnej Góry. Plus nietrafione inwestycje i nadmierne zadłużanie miasta. Przypomina się “lotnik” Kropiwnicki, który przed swoim, równie miażdżąco negatywnym, wynikiem w kończącym jego kadencję referendum rozbijał się po świecie samolotami, czapkował klerowi (choćby projekt wolnego na “trzech króli”), równie fatalnie prowadził finanse i inwestycje miasta, żeby już nie wspomnieć o rażącym braku kultury wobec innych funkcjonariuszy publicznych. Nie będę się zastanawiał, jakie stanowisko doradcze otrzyma były prezydent Łodzi, natomiast powołanie na funkcję doradcy ds. samorządów człowieka, który na polu samorżądów ewidentnie się nie sprawdził… byłoby co najmniej dziwne, ale nie u tego prezydenta. Dość wspomnieć, że doradczy stołek miał u niego nawet ktoś tak wyprany z kompetencji jak Anna “ADHD” Fotyga.
Kandydata PO do prezydenckiego fotela jeszcze nie ma, więc być może Lech Kaczyński zbyt pewnie się poczuł, drylując finanse państwa kolejnym niechcianym człowiekiem. Administracja pałacowa puchnie i puchnięcie będzie trwać pewnie do wyborów. A co tam, Tusk płaci. Szkoda tylko, że obecny rezydent Pałacu krytykował kiedyś swego poprzednika za wydatki, mówiąc “widzę tu miejsce na duże oszczędności”. Co zostało z tych deklaracji? Szkoda gadać. Warto o tym pamiętać i prawie rok przed wyborami, i dzień przed.

I jeszcze jeden taktyczny zwrot

Posted in Polska, polityka tagi , , , , , , , , on 30/01/2010 by Dario

Hazardówkę przysłoniła nieco decyzja Tuska o rezygnacji z ubiegania się o stanowisko Prezydenta, niemniej komisja dalej obraduje. Z przesłuchania Drzewieckiego wyszły teksty takie jak pytanie “Czy zna Pan Berlusconiego?” i “Kto to jest Ricardo?”. Czy ktokolwiek poza Beatą Kempą wie, o co jej chodziło – ciężko powiedzieć. Jedno jest pewne – komisja obraduje głównie nad działaniami rządu. Ale nie tylko.
Może to jest powód, dla którego główna frakcja opozycyjna chowa się na bok i czeka, aż strona rządowa się wytłumaczy. Raz a kiedy muszę przyznać – jest to rozsądne posunięcie ze strony PiS. Po co bowiem rzucać się w oczy, kiedy pod medialnym i komisyjnym ostrzałem jest Platforma? Tym bardziej że nie tak dawno temu w atmosferze sporego skandalu do składu komisji wracali ludzie, którzy sami coś mogą mieć na sumieniu w związku z omawianą sprawą. Zresztą o to ich pytano.
Warto jednak przypomnieć, że to za PiS automaty do gier zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu – wszędzie, w sklepach, zakładach fryzjerskich, barach i wielu innych miejscach. Kto odpowiada za kształt aktu, umożliwiającego taką sytuację? No chyba nie Platforma. Teraz miała być zmiana w drugą stronę – w kierunku zaostrzenia przepisów stanowiących o wymogach dotyczących tego typu urządzeń. Surowszego projektu PiS przecież nie robił, inaczej słyszelibyśmy o tym już dawno. Pewien przedsiębiorca przypomniał sobie o wysoko postawionym kumplu… i w tym momencie opowieść przejmuje komisja.
Niewątpliwie warto się schować przed potencjalnym atakiem, zwłaszcza jeśli przypomnieć graniczącą z paniką niechęć posłów PiS do rozszerzania zakresu prac hazardówki poza okres PO. To ugrupowanie jest przewidywalne do bólu i takie zachowanie oznacza, że prawdopodobnie przez pisowców przemawia chęć ukrycia własnych win i niedoróbek. Pan Wassermann, który był koordynatorem służb specjalnych, a ponadto miał swój udział przy pisowskiej ustawie (lecz, o dziwo, bardzo niewiele wie i pamięta, a w ogóle to był pionkiem), pewnie nie złagodnieje, podobnie jak pani Beata “prawo administracyjne” Kempa. Chociaż… kto wie? Już nie raz kaczyści niewygodne sprawy usiłowali zamiesć pod dywan. Tyle że kiedyś było im łatwiej, teraz pozostaje im rozpaczliwy wrzask, że szykanuje się opozycję. Już to ostatnipo uskuteczniał niejaki Mularczyk et consortes przy komisji do spraw nacisków. Oburzony, że przewodniczący komisji Czuma zwraca mu uwagę na nieprzestrzeganie procedury przy konfrontacji, Mularczyk obraził się i zagroził wyjściem. Czuma nie przestraszył się rejtanowskiego gestu. Ciekawi mnie tylko, czy obrażony poseł dostał już kasę za posiedzenie, bo jak nie, to będzie kolejna sprawa o trzysta złotych.
PiS może w odwrocie nie jest, ale w klinczu. Dzielnym bojownikom z komisji nie udaje się przeforsować tezy, jakoby partia Kaczyńskiego była czyściutka jak łza, a za cale zło Polski i świata odpowiadała Platforma. Platformie nie idzie zbytnio wybranianie się, ale nieudolność rywala na pewno nie utrudnia jej sprawy. Do tego pamiętajmy, że Tusk zabił pisowskim spindoktorom klina, bo gnące się pod ciężarem czarnego PR-u partyjne archiwa będą musiały w najlepszym wypadku poczekać na wybory parlamentarne. A tu trzeba zwierać szeregi i szykować haki na marszałka lub na kogo innego, a w międzyczasie baczyć, by Kurski, Czarnecki czy inny wyrywający się przed szereg delikwent ze skłonnością do formułowania ostrych (acz nie do końca przemyślanych) wypowiedzi nie palnął w mediach niczego głupiego. A jak znam życie, nie wytrzymają dwóch tygodni. Wyciszać i przegrupowywać się oni mieli już dziesiątki razy i za każdym razem mało kto kupował wizerunek partii spokojniejszej, merytorycznej i sensownej. Ciągnie bowiem wilka do lasu i już za chwilę zobaczymy frakcję awanturniczą, nawiedzoną i pozbawioną jakiejkolwiek merytoryczności. To kwestia czasu.