Komisja Fachowców Niezaangażowanych

Posted on 12/12/2009 - autor:

3


Konflikt interesów towarzyszy polityce od niepamiętnych czasów, bo praktycznie zawsze ktoś chce czegoś, a ktoś inny czegoś innego. Po to się ludzie zbierają, by to wyważyć i wpisać do obowiązującego porządku prawnego. Jasne jest, iż polityka to wieczne utarczki, kompromisy, sojusze, odwroty i przepychanki. Jakość prawa to jednak nie tylko kompromis, to także rzetelność. A rzetelność obejmuje także zdolność do zrezygnowania z przewagi, jaką można by dać „swoim” przez dobrą pozycję „naszego człowieka”.
Nie wiem, czy ktoś się w końcu obudził w Sejmie, czy przypadkowo ważna sprawa przyszła posłom do głowy, ale w izbie niższej są plany (pisowskie) utworzenia instrukcji, mającej chronić posłów przed „konfliktem interesów”. Super, tyle że najpierw trzeba wyjaśnić to pojęcie. Dla mnie (jako człowieka, który ostatnie parę lat spędził przed kodeksami i konstrukcja wyłączenia sędziego czy organu nie jest mu obca) oznacza to osobiste powiązanie ze sprawą, w której delikwent uczestniczy. Interesy majątkowe, rodzina czy znajomi – to powinno odpaść. Zapewne niektórym dalej krąży po pamięci nazwisko „Misiak”. Teraz dorzuca się do tego Chlebowskiego i innych. Nie pamiętam już, jak się nazywa doradca RPO, niegdyś pracujący w dużej firmie farmaceutycznej, ale przykładów, w których możemy się dopatrzyć „niejasnych powiązań”, jest sporo. Tylko do jakiej granicy się posuniemy?
Oczywiste jest bowiem, że aby na jakiś temat się wypowiadać, trzeba mieć o nim pojęcie. Stąd zwykle Ministrem Zdrowia jest lekarz, a Ministrem Finansów ekonomista. Także w pracach legislacyjnych rolę przynajmniej doradczą powinni pełnić ludzie orientujący się w omawianej kwestii. A skąd się mają orientować? Chyba nie z książek, które przejrzą na tydzień przed obradami stosownej komisji, ale z praktyki. Stamtąd też wiedzą, że dane rozwiązanie sprawdza się lub nie, a zmiany powinny pójść w takim czy innym kierunku, bo trzeba poprawić to i tamto. Czy oczekujemy od posłów, by byli kompetentni? Nie, żadnych tekstów o naiwności, bo nie zamierzam się godzić na to, aby o moim kraju i często też moim losie decydowali dyletanci, którzy umieją głównie gadać i gadać o gadaniu. Oznacza to też, że nie może być za dużo prawników w izbach. Co prawda, nie wyobrażam sobie, aby mieli nagle zniknąć, ale około połowy izby wystarczy. Resztę natomiast powinni zająć ludzie z określonych branż. A że oznaczać to będzie, że np. posłowie-rolnicy będą uczestniczyć w pracach nad aktami dotyczącymi rolnictwa? Już wolę to, niż gdyby nad takim aktem mieli pracować ludzie, którzy o rolnictwie wiedzą tyle co nic. Dlaczego? Bo tacy ten akt najzwyczajniej w świecie skopią. Bo „niezaangażowani” oznacza tu „niezainteresowani”, czyli „nieobeznani z tematem”. Jak tak dalej pójdzie, to może pozwolimy tworzyć prawo księżom, którzy jedyne, co mają do powiedzenia to frazesy oparte na swych wyznaniach, ale wypowiadają się chętnie i często, ZWŁASZCZA w sprawach, w których są zieloni jak świeże ogórki? Nie, dziękuję.
Balans między fachowością a bezstronnością powinien unikać dyletanctwa. Na szczęście da się tak to zrobić. To już kwestia reguł dotyczących doboru składów komisji. A czy trzeba wpisywać to do zasad etyki poselskiej? Nie zaszkodzi, ale ostrożnie. Mało jest bowiem rzeczy gorszych od sytuacji, kiedy za rzeczy ważne bierze się ktoś, kto nie ma o tym zielonego pojęcia. Bo to, że coś mu się uda, wynikać będzie głównie z czystego przypadku. Chyba że z czystego lenistwa nie zabierze się za sianie chaosu.
PS. Z uwagi na to, że pomysł powstaje u przewodniczącej Komisji Etyki Poselskiej – Elżbiety Witek (PiS), warto by zastanowić się, czy aby konfliktu interesów nie tworzy także orzekanie w sprawie władz tego samego klubu i partii, w której pani Witek zasiada. Bo kiedy Jar Kaczyński et consortes robili sobie zdjęcie na schodach sejmowych, a potem podpisywali (niezgodne z prawdą) oświadczenia, że nie byli na posiedzeniu Sejmu, bo… być nie mogli (byli niby gdzie indziej), na tej podstawie domagając się głośno wypłacenia im 300 zł za to posiedzenie, to pani Witek wszystkich ich usprawiedliwiła. Podobno doktor prawa Kaczyński nie wiedział, co podpisuje. To była obecna kadencja Sejmu, lipiec 2008 roku. Krótką albo wybiórczą pamięć ma pani przewodnicząca, skoro sama porusza taki temat. Ale cóż – znowu sprawdza się zasada, że jeśli PiS o czymś mówi, sam ma to za uszami. I tym humorystycznym akcentem kończymy na dziś. Do miłego.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska