Z dużej chmury mały deszcz

Posted on 20/11/2010 - autor:

7


Fotyga i Macierewicz wrócili ze Stanów, jak można było się spodziewać, z radosnymi uśmiechami obwieszczającymi zwycięstwo. Jak można się domyślać, uśmiechy te w dość znikomym stopniu mają się do tego, co byli ministrowie Kaczyńskiego uzyskali za oceanem. Kongresmen King nawet nie raczył się spotkać z delegacją ekspremiera, co zostało wytłumaczone w ten sposób, że nie trzeba już pozyskiwać kogoś, kto został przekonany wcześniej. Pokrętne tłumaczenie pomija jednak to, że warto by chociaż upewnić się, czy po wyborach rzekomy sojusznik dalej nim jest. Delegacja miała pozyskać szereg osób do swej sprawy, szkoda tylko, że osoby te w większości przypadków odmówiły komentarza, w innych (tak jak senator Rohrabacher, który miał „zdecydowanie poprzeć” inicjatywę Fotygi i Macierewicza, a w piśmie opisującym spotkanie stwierdził głównie, że chcieli oni rezolucji, a spotkanie było z ich inicjatywy). Skaptowano rzekomo paru prawicowców z Senatu, ci zaś nie chcą nic omawiać do mediów. Czyżby mieli jednak opory przed mieszaniem się do śledztwa, które Amerykanów nie dotyczy?
Fotygi i Macierewicza uśmiechy, sugerujące że wygrali szóstkę w totka, dotyczą jednak innej osoby. To tzw. były doradca Władimira Putina, Andriej Illarionow. Nieważne, że facet był doradcą ekonomicznym, a nie np. wojskowym. Nieważne, że w latach 2000-2005, a potem emigrował do USA. Ważne, że z ust „eksperta” płyną słowa o winie Rosjan. Illarionow podać miał delegacji żyjącego bliźniaka, iż „bezpośrednią przyczyną katastrofy były fałszywe informacje podawane przez wieżę kontrolną i sposób nawigacji”. Poprzeć to miał „świadectwami rosyjskimi”. Były doradca Putina, zdegustowany jego autorytarnymi zapędami, rzekomo dostarczył Macierewiczowi tyle materiału, że dane te nie pozostawiają wielu wątpliwości co do przyczyn tragedii.
Powoli, spokojnie. Wielu? Czyżby Antoni M. zmieniał zdanie? Zanim jeszcze w ogóle zajął się tzw. analizą przyczyn katastrofy, stwierdził bez CIENIA wątpliwości, iż mowa tu o zbrodni. Teraz jakieś wątpliwości niby są? A jakie i skąd? Co kazało wielkiemu śledczemu ruszyć głową i choć na chwilę wyjść poza gotową tezę, do wykazania której od samego początku dążył? Owe „świadectwa rosyjskie”? Przekazane mu przez osobę, która od dłuższego czasu nie ma żadnego kontaktu ani z Kremlem, ani tym bardziej z rosyjskim lotnictwem wojskowym? „Ekspert” to w tym przypadku określenie tak naciągane, jak „stylista” w przypadku Tomasza Jacykowa. Co doradca od spraw ekonomicznych, którego (sądząc po tym, że obraził się i wyjechał) Putin najwidoczniej zbyt często i wnikliwie nie słuchał, może wiedzieć o komunikatach wieży kontroli lotów w Smoleńsku? Dlaczego niby, siedząc „na wygnaniu”, miałby mieć więcej danych niż prowadzący śledztwo? Szpieguje? Rozumie komunikaty lepiej, bo zna rosyjski z racji bycia rodowitym Rosjaninem? Jakie w ogóle ma podstawy, by wysuwać tezy, że wieża podawać miała fałszywe informacje PILOTOM, KTÓRZY CHYBA SAMI WIDZIELI, JAKIE SĄ WARUNKI I BYLI W STANIE JE OCENIĆ? A może po prostu patrzy na śledztwo przez pryzmat własnej niechęci do obecnej Rosji?
To ostatnie zdanie tłumaczy, dlaczego Illarionow jest członkiem zespołu specjalnej troski o spiskową teorię dotyczącą katastrofy smoleńskiej. Śledczemu od siedmiu boleści udało się znaleźć osobę, która po prostu ma żal do Putina i chce mu dogryźć. Kolejny osobnik, który zamierza po prostu wykorzystać fakt, że Kaczyński et consortes w sprawie Smoleńska chwytają się czegokolwiek, co choć w najmniejszym stopniu im pasuje. Co choćby minimalnie uwiarygadniałoby tezę, że Lech Kaczyński poniósł śmierć wskutek celowego działania. Ta desperacja pokazuje, jak słabe są „argumenty” za taką tezą i jak bardzo nie jest to na rękę żyjącemu bliźniakowi. Ale wroćmy do tzw. eksperta. Główny jego atut jest taki, że Illarionow jest Rosjaninem i zna Putina. Nieważne, że co najmniej wątpliwe jest, by były doradca eks-Prezydenta Rosji miał jakiekolwiek dane, których nie mają prowadzący śledztwo oficjalnie. Gdyby Illarionow mógł się przyczynić do wyjaśnienia sprawy, czemu nie zgłosił się do polskich organów ścigania? Może dlatego, że po kongresmenie Kingu jest to tylko ktoś, kto chce wykorzystać sprawę katastrofy z dnia 10-go kwietnia 2010 r. do własnych celów?
Gościnne występy w USA duetu byłych ministrów miały zakończyć się, jeszcze z ich wyjazdem, powołaniem międzynarodowego zespołu ekspertów. Miała być wydana rezolucja w sprawie takiej grupy. I co? I nic. Wielkie nic. Amerykańscy parlamentarzyści pogadali z delegacją, wysłuchali, co im mają do powiedzenia wysłannicy żyjącego bliźniaka, po czym machnęli ręką i wrócili do swoich spraw. Zwiększył się jedynie parlamentarny zespół do spraw lansowania teorii zamachu. O kogo? O sfrustrowanego człowieka, który od dawna nie ma kontaktu z Rosją i Kremlem, a na lotnictwie wojskowym zna się równie dobrze co świnia na fizyce kwantowej. Gdyby było inaczej, Macierewicz jak z rękawa sypałby tezami dowodowymi. Tymczasem słyszymy jedynie ogólne frazy o „świadectwach”. Jest to równie wiarygodne, co w telewizyjnej reklamie zapewnianie przez typa ubranego w lekarski kitel, że dany medykament jest bezpieczny i skuteczny, a ponadto badania potwierdziły to. Na chwilę obecną przełomu nie ma. Jest co najwyżej radosny bełkot ludzi, którzy niezdolni są do ujrzenia, jak mocno widać rozdźwięk między ich słowami a rzeczywistością.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska, świat