2010 – moje podsumowanie – polityczne

Posted on 31/12/2010 - autor:

9


Mijający rok przede wszystkim przyniósł zmiany. Niekiedy takie, jakich oczekiwaliśmy, czasem jednak takich przemian było brak albo za mało, za słabo. Działo się. Politycznie, sportowo, pogodowo… nudno nie było, choć w pewnych momentach wolałem, by było ciszej i spokojniej.
Wydarzenia sportowe tradycyjnie przyniosły sporo emocji. Wiekowy już jak na swoją dziedzinę sportu mistrz, Adam Małysz, pokazał klasę i przywiózł z olimpiady dwa srebra. Pokazała się Justyna Kowalczyk, reszta jakoś tam dociągnęła do zakładanego minimum, chociaż polskie sporty zimowe dalej w porównaniu z resztą Europy czy świata są oparte bardziej na talentach niż solidnej bazie treningowej. RPA – przy wtórze buczenia uciążliwych wuwuzeli mistrzostwo zdobyła drużyna, która (odwrotnie niż zwykle) grała niezbyt ciekawie, pokonując rywali zwykle 1-0. Polska jakoś z przygotowaniami do wlasnej imprezy stoi, nie będzie tak źle, w Austrii parkowało się w polu.
Aura dała się nam we znaki. Zima pokazała pazur tak na początku, jak i pod koniec roku. Śniegu znowu jest tyle, że nie ma go gdzie wywozić. Gdy przyjdzie wiosna i to wszystko spłynie… powódź mieliśmy dwa razy. Dwa razy był problem, panika i zniszczenia. Splotło się to z wyborami i oczywiście znalazło się sporo sępów ścierwojadów, żerujących na ludzkim nieszczęściu i obiecujących złote góry. Nieliczni, którzy tego nie robili, albo zaspali, albo mieli resztkę przyzwoitości.
Wiosną zaatakowała mgła. Do spółki z polityką historyczną. Co się będę rozwijał, o Smoleńsku i wypadku Tupolewa wszyscy słyszeli. Od 10-go kwietnia 2010 roku powiedzenie „iść do celu po trupach” zostało przeniesione na nowy, wyższy, bardziej niż kiedykolwiek odrażający poziom. Pisowska hucpa, zmierzająca do obwinienia rządu za karygodne lekceważenie przez PAŁAC wszelkich norm rozsądku i bezpieczeństwa, omal nie wyniosła drugiego brata na prezydenta. Omal, bo niewiele brakowało. W tym czasie pozornie otępiały z szoku po tragedii drugi Kaczyński zdążył zmienić się w baranka i podlizać się wyborcom lewicy. Ja wiem, że jego determinacja w dążeniu do władzy jest wielka, ale wychwalając jako patriotę czlowieka, w opozycji do którego powstała ta sama „Solidarność”, którą tak często wysługiwał się PiS, Jarosław praktycznie zaparł się całego swojego dotychczasowego politycznego światopoglądu. Na szczęście litość pozwoliła tylko usadzić na Wawel człowieka, który absolutnie na to nie zasługiwał, ale wygrać wybory już nie.
Prezydentem został Bronisław Komorowski i to on najwięcej zyskał w tym roku. Po praktycznie pewnych prawyborach w PO Marszałek Sejmu jeszcze jako kandydat pełnił obowiązki głowy państwa. Spisał się przyzwoicie, ze sztucznie wygładzonym Kaczyńskim (któremu potem zeszła maska) mógł wygrać w pierwszej turze, ale z tych dwóch wolę jego. Razi mnie, co prawda, jego kościółkowość i wiktoriańskie niemalże poglądy na rolę kobiet w społeczeństwie, jednak to tzw. mniejsze zło. Zresztą po utracie Pałacu PiS w zasadzie zmarginalizowal swój wpływ na politykę państwa. Jarkowi przyszedł zaś kolejny człowiek, którego pozycję może negować. Prędzej bowiem Kaczyński zanurzy łapę w kwasie solnym, niż powie „Prezydent Komorowski”. Już nie tylko „premier Tusk” przypomina mu o utraconej bezpowrotnie władzy.
PiS oberwał nieźle również w samorządach. Nicość programowa tej partii i bazowanie na łzach po Lechu Kaczyńskim nie mogły dać wygranej, przyniosły klęskę. Bolesną, bo praktycznie wszystkie Sejmiki oddano koalicji rządzącej. Z prawie wszystkich miejskich bastionów wykurzono pisowczyków, niektórych wcześniej – Kropiwnicki i Wrona słusznie stracili swoje stołki. Wygrała albo Platforma, albo urzędujący prezydenci. Wniosek trochę niebezpieczny, bo obnaża rozpaczliwy brak siły w starciu z władzą. Widać to także w skali ogólnopolskiej. Refleksji u wiecznych przegranych nie było ani po wyborach prezydenckich, ani po samorządowych. Zawinili inni, nie Kaczor. Mały wódz, będący na prochach uspakajających, tak się pcha do władzy, że nie potrafi dostrzec swoich błędów i odpychającego ludzi wizerunku. Odciął się praktycznie od normalnej polityki, zafiksował się na Smoleńsku i żyje na dobrą sprawę tylko tym. Jako polityk Jarosław Kaczyński się skończył, przestał bowiem nawet udawać, że w jakimś stopniu jest Polsce przydatny. Przestał chcieć być przydatny. Skoncentrował się na sobie i na swojej pozycji. Za jego porażki polecieli inni.
Tym razem na dobre, bo żyjący Kaczor wykopał z partii własnymi fochami osoby, które robiły mu kampanię i wizerunek medialny. Renegaci i odszczepieńcy popisowscy założyli partię „Polska jest najważniejsza”, naziązując do hasła kaczyńskiego z kampanii wyborczej. Liderką tej grupy jest Joanna Kluzik-Rostkowska, autorka sloganu i maskarady z łagodnym Jarkiem. Za łagodny wizerunek dostała baty i potem kopa. Czy możemy oczekiwać czegoś po PJN? Nie liczyłbym na to. Partia ta to ci sami ludzie, ktorzy przez lata kreowali PiS takim, jakim go widzieliśmy. Może nie ma w sobie tyle agresji co Prezes i Sekta, ale głównie dlatego, że to mała grupa, starająca się o dostęp do władzy i znająca się na robieniu PR-u. Teraz też go robi, wciskając to, co Polacy chcą usłyszeć. Dodatkowo PJN usiłuje ustawić się w rozkroku wobec obu partii na „P”, licząc na koalicję w każdym scenariuszu wyborczym. Merytorycznie – hasła może i ciekawe, ale bez konkretów. Będzie z tego sejmowy szaraczek, może języczek u wagi. Nie więcej.
Na eksodus zdobył się również Janusz Palikot. Wyszedł z klubu, partii i założył własne ugrupowanie. Może nie jest tak głośno o nim w mainstreamie, ale może to i lepiej, że poseł z Lublina nie ładuje się w ten wrzaskliwy kocioł medialny.
Niewykorzystana szansa u SLD. Pozornie wystawiony na klęskę Grzegorz Napieralski skończył I turę wyborów prezydenckich na trzecim miejscu, z dwucyfrowym wynikiem. Co z tego wyszło? Nic. Oczekiwałem kontynuacji prac wizerunkowych, inicjatyw… cisza. Klapa.
Lewica, z moją małą wstawką (zapytanie poselskie), robiła coś przy krzyżu. To jest wątek godny uwagi. Przez prawie pół roku władza miała problem z usunięciem spod Pałacu Prezydenckiego nielegalnie tam ustawionego krzyża oraz demonstracji tzw. „obrońców krzyża”, a w rzeczywistości radykalnych zwolenników Kaczyńskich. Hucpiarze uniemożliwili zdjęcie totemu w sierpniu. Śmiech pusty brał, gdy garstka oszołomów kompromitowała polskie państwo. Zarówno przez jego niemoc, jak i swoje poglądy. Ośmieszył się Kościół katolicki, który schował głowę w piasek. Nie po raz pierwszy tego roku, bo wcześniej pokazał swoje zacofanie i radykalizm, gwałtownie protestując przeciwko in-vitro. Ekskomunika dla posłów za poparcie? Proszę bardzo. Jeśli ktoś chce być dobrym, prawdziwym katolikiem, musi akceptować także tę przepaść, jaka dzieli dzisiaj katolicyzm od normalnego życia. Obraz Kościoła na ten rok przedstawia bandę agresywnych katotalibów, solidnie oderwanych od rzeczywistości i coraz bardziej aroganckich.
NSZZ „Solidarność” zmieniła władze i ucieka od polityki, przestaje być przybudówką PiS. Krytyczna wobec rządu, normalnieje w sferze podejścia do władz. I czas najwyższy. Gruchnęło też w CBA. Nie dość, że poleciał agent Tomek, to jeszcze szef Kamiński. Biuro przestało być w końcu pisowską policją polityczną i zajęło się tym, co ma w zadaniach. Nie tylko „S” ma prawo być krytyczną wobec rządu, bo ten wobec braku solidnej opozycji rozleniwia się, a Polskę powoli ściga narastający dług publiczny. Do tej pory nie ma porządnej reformy finansów publicznych. Wisi nad nami przykład Grecji czy Islandii. Przynajmniej do wyborów nic w tej materii się nie zdarzy, ale okres krótko po wyborach, kiedy można było spokojnie coś przeprowadzić, to Platforma już miała. Obyśmy się nie obudzili z ręką w nocniku.
Na świecie – kryzys w państwach Unii. Ukraina ostatecznie rozczarowała się „pomarańczową rewolucją”, posyłając Juszczenkę w polityczny niebyt i wybierając niegdysiejszego pupilka Kuczmy. Obama traci swą pozycję i coraz mocniej się chwieje. Wikileaks trzęsie światem, ujawniając to, co się Stanom nie podoba. Na Wschodzie dyktatura trzyma się mocno, brutalną siłą, ale pewnie. Korea zaraz zacznie dymić, „świńska grypa” okazała się burzą w szklance wody i wielkim szwindlem na szczepionkach, a poza tym spokojnie.
Co nam przyniesie przyszły rok? Wybory parlamentarne. Nie muszę być jasnowidzem, by stwierdzić, że wygra PO, a PiS będzie gasł. Prezes, wycinając „gołąbki”, wystawił się tym samym na pastwę partyjnych wilków, takich jak Kurski czy Ziobro. I możliwe, że po klęsce wyborczej złapią go oni za kark i ścisną tak mocno, że ekspremier odda przywództwo. Finansowo kraj się jeszcze nie zawali, ale po wyborach będzie jedna z ostatnich okazji, by zdążyć przed długiem publicznym. Resztę przyniesie przyszłość. Obyśmy wszyscy nie wyszli na tym jak Zabłocki na mydle. Jeśli zapomniałem o czymś istotnym, proszę o komentarz. Moje osobiste podsumowanie w drugiej części.

PS. Przypadkiem wcięło mi ten tekst, on miał być PRZED osobistym podsumowaniem. Na szczęście dało się go odzyskać. Blog.pl nie zapewnia mi takiej możliwości. Ufff…

Reklamy