Podpis z wahaniem

Posted on 26/09/2011 - autor:

0


Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej ma parę instrumentów wpływania na jakość prawa – od inicjatywy ustawodawczej począwszy, poprzez Radę Gabinetową, na wecie i wniosku do Trybunału Konstytucyjnego skończywszy. Można i należy tych instrumentów używać ostrożnie i z rozwagą, tak aby nie przyczynić się do: wypuszczenia bubla prawnego, posłania w piach korzystnego i potrzebnego projektu, zwyczajnego nabrużdżenia komuś w planach i popsucia krwi, czy choćby kompromitacji własnego urzędu. A ten ostatni efekt można osiągnąć między innymi przez działania, które cokolwiek sobie przeczą.
Kiedy Lech Kaczyński najpierw składał podpis pod Traktatem Lizbońskim, a potem kierował go do TK, nie podobało mi się to i krytykowałem takie posunięcie. Nie widzę powodu, dla którego miałbym oszczędzić słów krytyki Bronisławowi Komorowskiemu. Głowa państwa zrobiła bowiem praktycznie to samo, tyle że z ustawą. Konkretniej z ustawą o dostępie do informacji publicznych. Nowelizacja tego aktu prawnego wymagana była dyrektywą UE, a termin implementacji minął… hoho, w lutym 2005 roku.
Sprawa jest o tyle ciekawa, że najbardziej kontrowersyjna zmiana, jaką zaproponował senator Rocki z PO, która przeszła głosami koalicji rządowej, była taką, jakiej Unia (co też znamienne) nie wymagała. Poprawka Senatu przewiduje ograniczenie prawa do informacji ze względu na „ochronę ważnego interesu gospodarczego państwa”. Pojęcie mgliste i samo w sobie wiążące się z masą informacji, do których przeciętny szary obywatel dostęp ma nikły. W praktyce grozi blokowaniem możności zapoznawania się z pewnymi informacjami… bo tak. Teoretycznie przysługuje odwołanie do sądu administracyjnego, ale to jest trudne, długie i nie każdemu się chce. Nic dziwnego, że protestują i żądają weta nie tylko opozycjoniści, ale i różne organizacje pozarządowe, jak np. Helsińska Fundacja Praw Człowieka.
Tymczasem Prezydent głośno mówi o zastrzeżeniach, w tym do samej pracy Senatu… i robi to, co powinien zrobić, gdyby zastrzeżeń nie miał. Pośpiech, jak wiadomo, jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie tworzeniu ogólnokrajowego prawa, więc nie rozumiem tego posunięcia. Nie tłumaczy Prezydenta również bardzo spóźniony czas uchwalenia aktu czy fakt, że już jest po ostatnim posiedzeniu Parlamentu tej kadencji, a dyskontynuacja prac Sejmu nakazałaby rozpocząć prace legislacyjne od nowa, gdyby projekt musiał wrócić pod obrady. Z drugiej strony, troska o jakość prawa służyłaby za wszelkie wytłumaczenie, tym bardziej że praktycznie wszyscy oczekują od Prezydenta albo weta, albo kontroli konstytucyjności. Nadmienić należy, że TK może pracować, a głowie państwa termin do złożenia podpisu nie biegnie – art. 122 ust. 6 Konstytucji.
Kontrola następcza TK swoje może zrobić, niemniej trochę to potrwa, zanim Trybunał rozpatrzy sprawę. Do tego czasu akt zacznie obowiązywać, także z głośnym przepisem. Być może bardzo nas gonił termin, dawno już przegapiony, ale chyba cztery lata wystarczyłyby z nawiązką, aby projekt uchwalić już jakiś czas temu. Poza tym można było głośno nie mówić o wahaniach, bo teraz wychodzi, że sporo z tego to były słowa rzucane na wiatr. Jeśli są wątpliwości natury konstytucyjnej, to nie należy ustawy podpisywać, tylko od razu weto albo TK. Jeśli wszystko będzie dobrze, tj. prawidłowo, to Konstytucja nie zostawia Prezydentowi pola manewru – wtedy musi podpisać. Krótka piłka. Tak trzeba było to zrobić, a tak mamy swoistą schizofrenię decyzyjną. Nie wpływa to dobrze ani na autorytet i wizerunek Prezydenta, ani tym bardziej na jakość prawa w Polsce i jego stosowania. Po coś w końcu te instrumenty kontroli są.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska