Początek końca Ziobry?

Posted on 10/01/2013 - autor:

5


Kiedy Zbigniew Ziobro wypełniał obowiązki ministra na różnych konferencjach, w tym wypowiadając słynne słowa „już nikt przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”, z pewnością nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mu zapłacić za te słowa, a nie skończy się to jedynie na przegranym procesie cywilnym i obowiązku przeproszenia doktora G. Pan eks-minister, wtedy jeszcze jako wierny przyboczny prezesa K., miał (jak zresztą znakomita większość z konfratrów prezesa) zadziwiającą łatwość formułowania mocnych zarzutów wobec innych osób i czynienia przeróżnych wycieczek osobistych, jednakże w parze z tym nie szła umiejętność rzetelnego uzasadniania swych racji, tym bardziej zdolność do powściągnięcia języka do czasu uzyskania możliwości pochwalenia się rzeczywistym sukcesem. A tych możliwości nie było zbyt wiele. Amerykański sędzia Arlander Keys nie zostawił suchej nitki na wniosku o ekstradycję Mazura, afera gruntowa zakończyła się umorzeniem, Sawicka Platformy nie pogrążyła, a doktor G. wywalczył, jak już wspomniałem, przeprosiny za pochopnie (jak się okazało) wygłoszony tekst o pozbawianiu pacjentów życia przez lekarza. Stosunkowo małą osłodę przynosi Ziobrze fakt, że Lepper znalazł się po wyborach w 2007 roku poza Sejmem. Nad Ziobrą zbierają się czarne chmury.

Cóż z tego, że Jacek Kurski powie o wyroku Sądu I instancji w sprawie doktora G. jako triumfie Ziobry, skoro trudno o bardziej adekwatną obecnie sytuację dla określenia „pyrrusowe zwycięstwo”. Nie weszło ani zabójstwo, ani mobbing, ani cała masa innych zarzutów – ostało się jedynie łapówkarstwo, a i to na kwotę 17 tys. zł, śmieszną wobec rozmiaru balonu propagandowego, jaki dmuchał Ziobro wespół z ówczesnym szefem CBA Mariuszem Kamińskim, dzisiaj posłem PiS. Okazało się, że aby nawet taki efekt osiągnąć, trzeba było uruchomić „dużego agenta Tomka”, który uwiódł pielęgniarkę po to, by ta wyniosła ze szpitala dokumentację. Trzeba było agresywnych, stresujących, nocnych przesłuchań, by wymóc zeznania, które i tak nie potwierdziły się przed sądem, za to posłużyły do pokazania, jak mocno cel uświęcał środki w pogoni CBA za sukcesem. Jakby mało było „małego agenta Tomka”, który za ciężkie państwowe pieniądze zażywał luksusu i uwodził raz posłankę, inny raz aktorkę, robiąc sobie sweet-fotki z walizką pieniędzy i ogólnie pokazując, że w tej formacji para szła w gwizdek. Efekt był bowiem niewspółmiernie skromny względem włożonych środków. Aura strachu, jaką wytworzono wokół CBA, korespondowała z działaniami, które należy określić jako rażąco sprzeczne z regułami demokratycznego państwa prawnego. Sędzia Igor Tuleya nie wahał się określić ich dosadniej, ale nadal adekwatnie. O ile bowiem nie spuszczano przesłuchiwanym łomotu ani nie więziono przez miesiące bez żadnych informacji dla rodziny, to jednak stosowanie przemocy psychicznej i organizacja przesłuchań w warunkach urągających godności osoby przesłuchiwanej absolutnie zasługuje na potępienie. Wyrażam szczere uznanie dla sędziego, który nie bał się pewnej praktycznie nagonki ze strony pisowskich szczekaczy (bo było jasne, że po takim wyroku rzucą się na niego z każdej strony) i wyeksponował patologie CBA, nazywając po imieniu rzeczy, które nie powinny były zaistnieć. Kiedy jeszcze pomyśleć o tym, że akcja przeciwko doktorowi G. okraszona była kryptonimem „Mengele” (kto zacz, chyba tłumaczyć nie muszę), oburzenie orędowników IV RP słowami o „stalinowskich metodach” staje się szczytem hipokryzji.

I może sobie Ziobro przemilczać przegrany proces cywilny, może odwracać kota ogonem od krytycznej oceny działań służb i prokuratury, może żądać postępowania dyscyplinarnego dla sędziego Tulei, podpuszczać AK-owców przeciwko sędziemu (nawiasem mówiąc, czym ci AK-owcy są oburzeni i urażeni? Nieakceptowanym PRZEZ NICH zachowaniem sędziego (przy czym nie stanowi dla nich zgrzytu buczenie i gwizdanie przy przemowach Prezydenta Komorowskiego podczas obchodów ważnych rocznic państwowych)? Uświadomieniem opinii publicznej, że nie tylko oni byli traktowani przez ówczesne służby państwa w sposób absolutnie nie do zaakceptowania i zasługujący na zdecydowane potępienie? Obudzeniem przykrych wspomnień?) czy wyciągać z kapelusza spóźnione dowody na rzekomy mobbing, ale nie zmieni to tego, że stosunkowo niewiele wspólnego z prawem i sprawiedliwością miało działanie zarówno CBA, jak i pana byłego ministra, z upodobaniem obsobaczającego swe ofiary na licznych konferencjach. Ogrom oburzenia, płynącego ze strony radykalnej prawicy, ukazuje, jak celnie trafił sędzia Tuleya, potępiając metody Biura czy Prokuratury, która (też nie wiedzieć czemu) siedziała sobie cicho i przyglądała się milcząco bezprawiu CBA. Oczywiście Prokuraturę też ugodziło uzasadnienie orzeczenia, ale od kwestionowania wyroku w demokratycznym państwie prawa jest apelacja do Sądu II instancji, nie konferencje prasowe. Być może byłoby lepiej, by antybohaterowie sprawy chwilowo przynajmniej zamilkli, zamiast dodatkowo pogrążać się i być może tworzyć kolejne powody do procesu cywilnego za naruszenie dóbr osobistych.

Biorąc nadto pod uwagę, że lewica złożyła już wniosek o Trybunał Stanu dla Ziobry i Kaczyńskiego (a jeszcze zapewne zobaczymy kilka mrocznych obrazków, kiedy na dobre otworzy się puszka Pandory z napisem „Blida”), jak również to, że proces Beaty Sawickiej będzie miał ciąg dalszy przed sądem odwoławczym, nie dziwi, że gorąco się robi wśród orędowników Nieboszczki Czwartej i że rozpoczęło się kombinowanie, jak tu uciec z tonącego okrętu o nazwie „Solidarna Polska”. Grupa ta usiłowała obejść PiS od prawej strony, ale na niczym spełzły próby pozyskania błogosławieństwa toruńskiego radiowca, który od czasu, gdy porzucił LPR na rzecz PiS, nie bawi się w duchowy patronat dla płotek. SP jest klubem małym, nie błyszczy inicjatywą, a słusznie zgaszony projekt zaostrzenia tzw. kompromisu aborcyjnego był nie tyle realnym projektem, ile próbą zamachania do ultraprawicowego elektoratu. Spełzło to na niczym. Ziobro jako lider formacji prawicowej nie radzi sobie w konfrontacji z byłym szefem, tu akurat nie ma zmiany. Klub SP jest nijaki i mało widoczny, nie trzeba zatem wielkiego wizjonera, by orzec, że mamy do czynienia z kolejnym rzutem pisowskich renegatów, którzy bez wsparcia wielkiej partii po prostu nie radzą sobie. Ziobrystów, jeśli nie zdarzy się cud, czeka albo konieczność ucieczki na bezpieczniejszy grunt (tak jak to dzisiaj zrobił Andrzej Dąbrowski, przechodząc do PSL, coraz bardziej przesuwającej się tym samym na prawo), albo perspektywa wylotu z Sejmu i podzielenia losu PJN. Lokomotywa SP, Beata Kempa, już jest jedną nogą z powrotem w PiS, a to może być dopiero początek eksodusu. Trzem tenorom SP w Parlamencie Europejskim – Ziobrze, Kurskiemu i Cymańskiemu, już za rok z okładem wygasają mandaty, a wtedy dopiero może się zacząć panika, bowiem Ziobro pozbawiony opiekuńczych skrzydeł PiS-u nie powtórzy bardzo solidnego wyniku z roku 2009, sama zaś próba ponownego wejścia do PE może zostać odebrana jako rozpaczliwa chęć ratowania posadek w obliczu porażki w wyborach do Parlamentu polskiego. Oczywiście o jakimkolwiek starcie będzie można zapomnieć, jeśli Trybunał Stanu osądzi i skaże pana Zero. Przyszła kryska na matyska, a to jeszcze nie wszystko.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska