Ostatnie tygodnie Glińskiego

Posted on 15/01/2013 - autor:

4


25 stycznia 2013 roku – wtedy ma się odbyć głosowanie w sprawie wotum nieufności wobec ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Wniosek ma zostać złożony 23 stycznia br. – tak przynajmniej zapowiada Mariusz Błaszczak. Potem w ruch wędruje wniosek o wotum nieufności dla premiera. PiS czeka z inicjatywą do momentu zakończenia negocjacji budżetowych w UE, o co w sumie poprosił Tusk w połowie grudnia. Jak przystało na „odpowiedzialną partię”, PiS ma na względzie interes państwa ponad podziałami i zaczeka. O budżecie Unii szefowie państw i rządów rozmawiać będą w lutym, zatem najpóźniej w marcu będziemy znać ostateczną odpowiedź na pytanie, jak wysoko stoją akcje Piotra Glińskiego.
Mniejsza już o Arłukowicza, sama sejmowa arytmetyka wystarczy, by minister utrzymał się, a nie zanosi się na spektakularne załamanie poparcia ze strony partii macierzystej czy koalicjanta. Wskazanie konkretniejszego niż „pierwsza połowa roku” sposobu ustalenia daty głosowania o osobie szefa rządu oznacza, że końca dobiega przesiadywanie w politycznej poczekalni przez „niezależnego” kandydata na premiera. Wypada z czystej przyzwoitości nie okupować tej poczekalni dużo dłużej, nie wspominając o tym, że owo Wunderwaffe może zwyczajnie zwietrzeć, o ile już to się nie stało. O Glińskim usłyszeliśmy bowiem w październiku 2012 roku, troszkę się nim media pointeresowały, trochę się sondaże wahnęły, co nieco kandydat powiedział… i cisza. W międzyczasie zdążył jeszcze skrzywić się na ostre słowa własnego patrona politycznego (te o „zamordowaniu 96 osób”), ale szum minął. Wyłonił się niedawno nasz socjolog z chwilowego medialnego niebytu i usłyszeliśmy, że ma ok. 20 osób do rządu, tyle że żadna z nich nie jest przypisana do konkretnej pozycji, a i nazwisk owych szczęśliwców nie znamy. Na dobrą sprawę to była jego główna aktywność medialna, bo może się mylę, ale cokolwiek za słabo pan profesor promuje swoją osobę, a pomysłodawcy projektu „premier Gliński” także nie wysilają się w tej kwestii. Poza tym, że chce się tu zmienić szefa rządu wraz z całym gabinetem, niewiele słychać o jakimkolwiek programie czy priorytetach. Gdyby ktoś urwał się z choinki i do polskich mediów trafił wczoraj, praktycznie w ogóle mógłby nie wiedzieć o tym, że największa partia opozycyjna podejmuje jakieś konkretniejsze działania w kwestii zmiany rządu.
Nie będzie wizjonerskie stwierdzenie, że wizje posiadania konkretnego programu przez kandydata czy jego niezależności mieszczą się w tej samej kategorii bajek co szanse wyborcze pana socjologa. Sposób, w jaki PiS zabiera się za przygotowania do obalenia rządu, pozwalają powątpiewać w to, czy oni sami wierzą w powodzenie takiego przedsięwzięcia. Bardziej to wygląda jak średnio przyjemna konsekwencja jednorazowej głupiej myśli jakiegoś znudzonego życiem PR-owca niż realny pomysł na prowadzenie polityki w Polsce. Powiedziało się „A”, teraz trzeba powiedzieć „B” i „C”. Skoro w kółko przewidywało się kryzys w koalicji, trzeba było dodać coś o planach. Skoro już wskazało się „następcę”, to nie można go wiecznie chować i wyciągać na przemian, trzeba kiedyś zagłosować. „Następca” nie przyniósł takiego skoku poparcia, jak oczekiwano – skromne i krótkotrwałe prowadzenie w sondażu nie na wiele się zda, bo do urn jeszcze daleko, a po skoku poparcia śladu już nie ma. Trzeba po męsku kończyć temat i patrzeć, jak plan, nie bardzo zresztą wypieszczony, wali się w gruzy, a obecny premier broni się i triumfuje. Bardzo bym się zdziwił, gdyby się okazało, że wisząca nad głową Glińskiego porażka jednak nie nastąpi. Inna sprawa, co wtedy? Nadal bowiem nie wiadomo prawie nic o tym człowieku i jego planach, co nie wróży dobrze ani temu nierealnemu sukcesowi, ani tym bardziej długiemu utrzymaniu się takiego gabinetu. Z Glińskiego Monti nie wyrośnie.
Oczywiście już przygotowano wymówkę w razie porażki. Gdyby tak się stało, to wyjdzie na to, że inne niż PiS ugrupowania poza rządem nie zdały testu opozycji i tak naprawdę nie są opozycją, tylko po cichu trzymają z koalicją. Fakt, będzie to test zdolności koalicyjnych, ale niekoniecznie dla SLD i Ruchu Palikota, raczej dla PiS (którego wniosek został już przez dwóch mniejszych sąsiadów obśmiany) i dla PSL, którego lider chyba nie bardzo wie, w którą stronę iść. PO? Broni sejmowej większości, przy czym ma ułatwione zadanie, bo w obecnej konfiguracji politycznej Sejmu posłowie wszystkich innych ugrupowań musieliby zgodnie poprzeć Glińskiego, a przynajmniej nie wstrzymać się w takiej ilości, by poparcia było mniej niż 231 kresek. Zaiste, ułańskiej fantazji i wyobraźni godnej Pratchetta wymaga wizualizacja osoby popieranej zarazem przez PiS, PSL, SLD, Ruch Palikota i Solidarną Polskę, nie wspominając o próbie przeforsowania jakiegokolwiek projektu ustawy przy tak pstrokatym zapleczu politycznym. No nie ma to szans, zatem sen Glińskiego o stołku kończy się, a najdalej za dwa miesiące koledzy z uczelni będą rechotali za jego plecami, że dał się wkręcić w polityczny kabaret bez szans na sukces, byle tylko nie kandydatura Jarosława dała się spalić. Chciałbym zobaczyć minę prezesa zaraz po tym, jak formalność stanie się faktem i wynik głosowania pójdzie w świat.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska