Mentalność Psa Ogrodnika

Posted on 25/01/2013 - autor:

2


Czymże jest pies ogrodnika? To takie złośliwe bydlę, które samo nie skonsumuje danej rzeczy, bo najzwyczajniej w świecie nie zamierza i nigdy nie zamierzało tego zrobić, ale stanie na głowie, by nie dopuścić do niej kogo innego. Dzisiaj, drodzy państwo, zobaczyliśmy coś takiego w polskim Sejmie. Na wcześniejszej definicji kończą się paralele ze stróżującym zwierzęciem – chyba że dana osoba faktycznie przyjmie, iż działa jako niezłomny strażnik danej wartości, broniąc ją przed niegodziwymi zamachami „tych obcych”, otrzymując gratyfikację od swojego pana. A jeśli słowo „pan” napiszemy z dużej litery, konkretyzując to określenie w sposób właściwy osobom wierzącym, wszystko staje się jasne.
Sejm wyrzucił do kosza trzy poselskie projekty, dotyczące związków partnerskich, czyli sformalizowanych relacji osób niekoniecznie różniących się płcią, pozostających w pewnej więzi i chcących ułatwić sobie czy umożliwić niektóre kwestie życia codziennego, w tym finansowe. Druki nr 552, 553, 554, 555 i 825 przedstawiają zamysły już odrzucone, niemniej warto je przejrzeć, bowiem jasne jest, że przedstawione tam rozwiązania tworzyły instytucję solidnie ograniczoną w uprawnieniach względem małżeństwa, które jest i pozostanie związkiem kobiety i mężczyzny. Nie ma też słowa o tym, że takie osoby tworzyłyby rodzinę. Z instytucji hołubionej przez KRO ostały się głównie podstawowe uprawnienia i obowiązki finansowe i opiekuńcze, nie ma mowy ani o rozliczaniu się z fiskusem, ani o adopcji dzieci. Partner, będący osobą dorosłą i świadomą, tworzyłby związek oparty na wzajemnej pomocy (materialnej i niematerialnej) i wierności, wchodziłby we wspólność majątkową, udostępniałby drugiemu partnerowi prawo do mieszkania czy miałby inne prawa i obowiązki zbliżone do małżonków, ale bez dzieci. Po prostu spory pakiet rozwiązań ułatwiających życie osobom decydującym się na wspólną przyszłość.

Niestety, zbyt mocno raziłoby to po oczach prawicowców, którzy nie uznają innego związku niż relacja kobiety i mężczyzny. Padło wiele bredni z tej strony sceny politycznej, między innymi o zagrożeniu tradycyjnego małżeństwa (w którym niby punkcie?), o braku realnej więzi między osobami jednej płci (oczywiście zero dowodów w postaci skromnej choćby opinii psychologicznej), o Dekalogu (zdumiewające, że w XXI wieku dalej mielibyśmy się kierować regułami stworzonymi kilka tysięcy lat temu przez ludzi, których zakres pojmowanego świata był żałośnie skromny w porównaniu do naszego, zarówno pod względem ogarnianego obszaru geograficznego, jak i wiedzy o różnych zjawiskach), o sprzeczności z naturą (rozumiem zatem, że ci wszyscy homoseksualiści stanowią owoc jakiegoś chorego eksperymentu genetycznego?), o rzekomej niezgodności z Konstytucją (i w zasadzie na tym kończył się ten „argument”, trudno doszukać się jakiegokolwiek rozwinięcia) itd. itp. Uporczywe i oderwane od rzeczywistości odmawianie związkom osób tej samej płci głębi równej relacjom heteroseksualnym przypomina zachowanie małych dzieci, które zakrywają oczy, zasłaniają uszy i udają, że czegoś nie ma; szkoda tylko, że mamy tu do czynienia z dorosłymi ludźmi, tym bardziej parlamentarzystami, od których wymaga się jednak trzeźwego podejścia. Wymogi, jak widać, przegrały z katolickim światopoglądem.
Najbardziej chyba po tej stronie błysnęła pani Krystyna Pawłowicz – 60-letnia bezdzietna i niezamężna kobieta, wypowiadająca się o swoim sprzeciwie dla fundowania słodkiego życia osobom, z których nie ma żadnego pożytku (w przedmiocie płodzenia i wychowywania dzieci). Pani ta jest doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem nadzwyczajnym na UKSW, niemniej wiedzy i ogłady prawniczej prezentuje ona tyle, co świętej pamięci Brat Własnego Brata, u którego próżno było się spodziewać spójnego zbioru argumentów prawniczych. Na razie pani posłanka ma zasługi głównie w zamienianiu znaczeniem wyrażeń o języku „parlamentarnym” i „nieparlamentarnym”. Po ostatnim upomnieniu od Komisji Etyki pani ta zdaje się jednak rozumieć, że wulgarne i rynsztokowe słownictwo jest cokolwiek nie na miejscu w Parlamencie, bo takowego unika. Mniejsza jednak z tym, dość powiedzieć, że prawicowcom udało się storpedować coś, co mogłoby w istotny sposób ułatwić wiele spraw sporej skądinąd grupie osób, która istnieje bez względu na to, jak mocno mentalni klienci kleru będą negować ich i deprecjonować.

Dziwnym trafem to prawicowcy lubią murem stawać na drodze do szczęścia innych osób, z upodobaniem zaglądając ludziom pod pierzyny i do garnków, a często i do macic. Nie mamy tu wszak nakazu czy zakazu zawierania danego typu związku, ale prawną MOŻLIWOŚĆ, z której dana osoba mogłaby skorzystać i zależałoby to od jej woli, której to woli przejawem mogłoby być także nieskorzystanie z owego rozwiązania. Co jest takiego trudnego do zaakceptowania w podejściu typu „nie chcesz czegoś, to nie korzystaj, ale nie decyduj za kogo innego”? Chyba jednak sejmowym moherkom w głowach się nie mieści, że ktoś może mieć inną niż katolicka drogę do szczęścia. Truizmem jest stwierdzenie, że zdecydowani przeciwnicy aborcji, związków partnerskich, eutanazji itd. nigdy w życiu nie skorzystaliby z tego typu rozwiązań i nikt by ich do tego nie przymusił, co nie przeszkadza im bez zmrużenia oka snuć apokaliptyczne wizje o upadku małżeństwa i rodziny. Dziwnym trafem małżeństwo i rodzina nie upadły ani w Wielkiej Brytanii, ani w Holandii, ani gdziekolwiek indziej, gdzie zezwolono na zawieranie sformalizowanych związków między osobami tej samej płci, niemniej łatwo i przyjemnie żeruje się na ludzkiej niewiedzy i silnych emocjach. Dzisiaj niewiedza posłów i ich emocje wygrały z tolerancją i postępem.

Przy okazji wyszło, że z jednej strony nie ma w PO dyscypliny partyjnej do spraw światopoglądowych, z drugiej zaś ugrupowanie to na dobre rozprawiło się z etykietką partii liberalnej. Nie można już określać PO „liberałami”, nie po tym, jak 46 posłów tej partii odrzuciło wszystkie projekty, a nadto Minister Sprawiedliwości (znany ze swojego radykalnego katolicyzmu) kategorycznie i mocno wypowiedział się przeciwko nim. Sam fakt, że w rządzie jest osoba o tak mocno religijno-prawicowych poglądach, pozwala odmówić Platformie etykietki liberałów. W ustach tego człowieka, nie mającego wykształcenia prawniczego ani tym bardziej praktyki w stosowaniu prawa i jego interpretacji, śmieszy wypowiedź o niezgodności projektów z Konstytucją, ale nie powiedział on nic więcej niż posłanka Pawłowicz, prawdopodobnie więc Gowin podłapał swoją wypowiedź od posłanki PiS, a na więcej nie było go stać. Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że sam premier Tusk wystąpił na mównicy i wsparł projekt, wypowiedź Gowina nazywając „jego prywatną opinią”, ale nic to nie dało, inicjatywa padła. Pisiści już zaklinają kryzys w koalicji, ale o uprawnienia partnerów koalicja się nie rozbije, zwłaszcza że tego samego dnia zgodnie obroniono ministra Arłukowicza.

Nad drzwiami sali plenarnej Sejmu czernieje krucyfiks, symbol katolicyzmu. Obrazuje on i uosabia dominację katolickiej myśli w pozornie tylko neutralnym światopoglądowo państwie. Przejawia się to nachalnym wpychaniem „katolickich wartości” każdemu, bez względu na to, czy tego chce czy nie; poniżaniem tych, którzy odbiegają od wzorca „Polaka-katolika”; butą i arogancją; nietolerancją i ignorancją; last but not least, czołobitnością względem radykalizującego się polskiego kleru. Prościej: katolicka większość narzuca swoją wolę wszystkim, w głębokim poważaniu mając czyjeś indywidualne zdanie i interes kogokolwiek innego niż kleru. Debata i głosowanie w sprawie związków partnerskich potwierdza to aż nazbyt dobitnie. Zasada „Polska to kraj katolicki i basta” wygrała z „żyj i pozwól żyć innym”.

Reklamy
Posted in: polityka, Polska, religia